we wspomnieniach Edwarda Guziakiewicza
Mimochodem rzucone pytanie o to, czy herbata w szklance jest słodka od cukru, czy od mieszania łyżeczką, wywoływało żartobliwą wymianę zdań i prowadziło do figlarnych igraszek intelektualnych, wypełniających czas przy wspólnym posiłku — śniadaniu, obiedzie lub kolacji. Księdza Franciszka bawiły anegdotyczne skojarzenia słowne. W jego ustach kolejowy rozkład jazdy stawał się «całkowitym rozkładem jazdy». Nie dziwiło to w latach siedemdziesiątych, w których PKP nie chwalono za punktualność. Poczucie humoru nigdy go nie opuszczało, nawet w najtrudniejszych chwilach pracy kapłańskiej i apostolskiej.
Nie była to zresztą jedyna cecha jego charakteru. Snuł wizje, lecz nie dawał podstaw, by posądzać go o utopię — choć przecież często dalekosiężne, a przez to wywołujące wrażenie mało realnych. Przekonałem się o tym już w latach sześćdziesiątych, kiedy zacząłem przyjeżdżać do Krościenka nad Dunajcem na pierwsze oazy rekolekcyjne dla chłopców. Willa wznosiła się wysoko na zboczu wzgórza zwanego Kopią Górką. Ze względu na jej usytuowanie bywały kłopoty z wodą. Po obfitym deszczu także z drogą dojazdową. Pamiętam, że któregoś roku porządkowaliśmy pod okiem Księdza teren przy jednej ze ścian domu. Odrzucaliśmy kamienie. Zapowiedział, że gdy zjedziemy tu na następne wakacje, obejrzymy w tym miejscu jadalnię dla kilkudziesięciu osób. Po roku się okazało, że faktycznie wyrosła tam, gdzie ją zaplanował. Wbrew oponentom twierdził, że przed domem zostanie wykopana głęboka studnia. I wykopano ją. Nie wydawało się nam prawdopodobne, żeby kiepska i błotnista po obfitym deszczu ścieżka zamieniła się w solidną asfaltową nitkę. A jednak asfalt położono i pod samą willę po stromiźnie wzgórza mogły podjeżdżać samochody osobowe. I tak dalej, i tak dalej.
Był znakomitym organizatorem i człowiekiem czynu, a z czasem jego wizje stawały się coraz śmielsze. Przekonałem się, że w można mu ufać, a jeżeli się do czegoś przymierza, na pewno to osiągnie. Konsekwentnie wcielał w życie przebojowe projekty i pomysły. Bardzo mi się to w nim podobało. Faktycznie, mogło to zafascynować ucznia szkoły średniej, gdyż w tamtych trudnych czasach brakowało wzorów mocnych męskich osobliwości. W komunizmie promowano bylejakość. Wprawdzie ksiądz Blachnicki skromnie twierdził, że jeśli uda się zrealizować tylko pięćdziesiąt procent z tego, co się założyło, to już duży sukces, niemniej jak naocznie się przekonywałem sam osiągał znacznie więcej. Uwrażliwiał nas przy tym na to, żeby nie zrażać się trudnościami. Przy różnych okazjach przypominał żartobliwie myśl, wziętą z doświadczeń życia ascetycznego, że tam, gdzie w grę wchodzi prawdziwe dobro duchowe, szatan celowo stwarza przeszkody. Jeżeli więc się one znienacka pojawiają, nie należy się załamywać. Ma się bowiem namacalny dowód tego, że wybrana droga jest słuszna. Naturalnie, nie oznaczało to, że należało w obliczu barier zachowywać się jak na corridzie i rzucać się jak rozwścieczony byk na czerwoną płachtę. Chodziło o to, by wzbudzać w sobie wiarę w celowość przedsięwzięcia, czemu służyła przede wszystkim modlitwa, a z drugiej strony — maksymalnie wykorzystywać własną pomysłowość, to wszystko, co mieściło się w pojęciu inteligencji praktycznej. Benedyktyńskie hasło ora et labora, módl się i pracuj, stanowiło widoczną przesłankę jego aktywności i zaangażowania. Starał się o równowagę obu wspomnianych wymiarów życia osobowego. Na ową równowagę wskazywali również przedstawiciele ruchów odnowy, przyjeżdżający z zagranicy do Krościenka, w tym goście z ruchu Comunione e Liberazione. Codziennie wieczorem spędzał w kaplicy przynajmniej pół godziny na cichej medytacji, choć jednocześnie w ciągu jednego roku potrafił — co może naprawdę zdumiewać — przebyć w samochodzie, jeżdżąc po kraju, dystans równy długości równika ziemskiego.
Sekret jego sukcesów wiązał się niewątpliwie z ogromną siłą jego osobowości. Dopiero po latach pojąłem ten związek. Doświadczenia życiowe sprawiły, że stał się zdecydowanym, władczym człowiekiem i kapłanem. Wypada przypomnieć, że dwukrotnie trafił do więzienia — raz, w okresie okupacji hitlerowskiej, kiedy to został skazany na śmierć za działalność konspiracyjną i przeszedł przez kompanię karną w Oświęcimiu, i drugi raz, już po wojnie, osadzony w areszcie śledczym przez władze PRL po likwidacji stworzonej przez niego Krucjaty Wstrzemięźliwości na Śląsku. Oba systemy totalitarne usiłowały wycisnąć na nim swe destrukcyjne piętno, jednakże bez widocznego skutku. Rezultat był przeciwny, a owe przeżycia, w których dostrzegał wolę Bożą, zmobilizowały go do oddania się Maryi i do podjęcia zadań eklezjalnych, które uznał za ważne. Po wojnie wstąpił do seminarium duchownego i został kapłanem. Zastanawiał się również nad powołaniem zakonnym, żywo zainteresowany dziełem Maksymiliana Marii Kolbego i tym, co działo się w Niepokalanowie.
Poznałem go, kiedy rodził się ruch oazowy, zwany najpierw Ruchem Żywego Kościoła, a następnie Ruchem Światło-Życie. Wraz z grupą ministrantów przywiózł mnie do Krościenka nad Dunajcem ks. Zygmunt Bochenek, późniejszy Krajowy Duszpasterz Młodzieży. Była to druga połowa lat sześćdziesiątych. Ksiądz Blachnicki miał już za sobą eksperyment duszpasterski, zwany Oazą Dzieci Bożych, oraz udane Oazy Niepokalanej. Trafiłem na Oazę Nowego Życia, pierwszą, a tym samym niejako historyczną, by potem rok w rok animować grupy oazowe, najpierw w Krościenku, a potem w różnych miejscowościach Beskidów i Podhala, od Piwnicznej po Zakopane. Byłem świadkiem zdumiewającej ekspansji ruchu, który zataczał coraz szersze kręgi, ogarniając kolejne diecezje. Byłem świadkiem fantastycznej wręcz recepcji myśli soborowej, głębokiego odczytania odnowy liturgii, a wreszcie — przeżycia charyzmatycznego.
Postronny obserwator, widzący powierzchownie fenomen ruchu oazowego, mógłby uznać, że ks. Franciszek Blachnicki nieustannie improwizował, dostosowując się do zmieniających się okoliczności, na które nie miał wpływu. Mówiąc inaczej, że wykorzystywał pojawiające się okazje. Bywali tacy, którzy w ten sposób go oceniali. Faktycznie jednak jego przedsięwzięcia duszpasterskie poprzedzała intensywna praca koncepcyjna. Przekonałem się o tym, mając przykład posoborowej liturgii, której sprawowanie w kaplicy Dobrego Pasterza w Krościenku była przewybornie umotywowane teologicznie i doskonale przemyślane w detalach, a tym samym modelowe i wzorcowe. Ks. Blachnicki poświęcał wiele uwagi objaśnianiu pryncypiów, w oparciu o które z talentem kształtował celebracje. Były to w rezultacie wspaniałe Msze św. z cudowną oprawą organową, z rozbudowaną służbą liturgiczną, rozśpiewaną scholą i czynnym udziałem całego zgromadzenia. Z każdego szczegółu akcji liturgicznej przezierała troska o czytelność oraz o staranność i kunszt wykonania. Te przesycone atmosferą skupienia i przeżycia Msze św. nie nudziły nas młodych, mimo że trwały niekiedy do dwóch godzin.
Zaplecze intelektualno-koncepcyjne Ks. Blachnickiego odsłaniało się przede mną w miarę tego, jak postępowałem w studiach teologicznych na KUL-u, stopniowo dochodząc do magisterium i licencjatu. Działał w oparciu o głęboko przemyślaną eklezjologię, którą ogniskował wokół pojęcia wspólnoty, oraz w oparciu o aktualne wówczas wzory teologii pastoralnej, przeniesione z Zachodu. Między innymi, przybliżał myśl Franciszka Ksawerego Arnolda. Najpóźniej «rozgryzłem» jego zainteresowania teologiczn-dogmatyczne — dopiero wtedy, kiedy wysłany na stypendium naukowe do Louvain w Belgii w bibliotece teologicznej jezuitów zabrałem się za śledzenie prac Heriberta Mühlena. Przy tej lekturze wracałem myślami do wykładów ks. Franciszka Blachnickiego z końca lat sześćdziesiątych, prowadzonych wieczorami w kaplicy Dobrego Pasterza. Należały one do raczej trudnych i powiedzmy sobie szczerze — niektórzy przy nich zasypiali. Podejmował on w nich refleksję nad tajemnicą Trójcy Świętej, proponując nowatorską interpretację, opartą na żywej syntezie dorobku tomizmu z osiągnięciami najnowszych nurtów filozoficznych, ze szczególnym uwzględnieniem personalizmu. Pewne rysy myśli filozoficznej Gabriela Marcela, brzmiące zresztą w wielu innych wykładach i konferencjach ks. Blachnickiego, dobrze utkwiły mi w pamięci. Pochodził z Tarnowskich Gór i od dziecka był obeznany z językiem niemieckim, dzięki czemu miał ułatwiony kontakt z zachodnią literaturą teologiczną, niedostępną w rodzimych przekładach. Dysponował więc wiedzą, której zdobycie innym studiującym przychodziło dużo trudniej i wymagało od nich więcej wysiłku.
Toczył się swego czasu spór o to, czy ruch oazowy jest naprawdę oryginalny i rdzennie polski, czy też stanowi jakieś zapożyczenie. Chodziło o zbieżność nazwy z włoskim «Oasi». Ponieważ w czasie pierwszych lat studiów teologicznych na KUL-u mieszkałem w domu ks. Blachnickiego w Lublinie na Sławinku, miałem możliwość śledzenia na bieżąco jego rozlicznych kontaktów, zarówno krajowych jak i zagranicznych. Był to okres, kiedy władze godziły się już na wyjazdy różnych «trefnych» osób, niebezpiecznych z punktu widzenia politycznego. Ks. Blachnicki dostał paszport. Wrócił z zagranicy bardzo ożywiony, przywożąc wiele publikacji, prezentujących głównie dokonania rozwijających się w Europie katolickich ruchów odnowy. Miał pełną świadomość korelacji między Ruchem Światło-Życie a pokrewnymi w innych krajach, w Austrii, we Włoszech, we Francji, w Niemczech. Dzięki tym pamiątkom z zagranicy, mogłem się bliżej zapoznać ze wspólnotą ekumeniczną w Taizé, z Comunione e Liberazione, z Focolare, z Cursillo, z centrum w Mariazell i z innymi ośrodkami. Z czasem zaczęli przyjeżdżać stamtąd goście. Wyliczanie ich zajęłoby niewątpliwie kilka stron maszynopisu.
Najbardziej utkwiła mi w pamięci wizyta wybitnego teologa z Lucerny, Hansa Urs von Balthasara, człowieka o zdumiewająco fascynującej osobowości, który przybył tworzyć polską redakcję międzynarodowego czasopisma «Communio». Była to dla mnie wówczas konfrontacja dwóch autorytetów. Jeden jedyny raz w życiu ujrzałem kogoś, przed kim ks. Blachnicki skłonił głowę, uznając zdecydowaną wyższość potencjału intelektualnego i duchowego teologa szwajcarskiego, którego twórczość na liście «hitów» teologicznych mieści się z powodzeniem w pierwszej dziesiątce. Zazwyczaj było odwrotnie. To przed ks. Blachnickim chylono głowę — i sam należałem do tego szerokiego grona, które darzyło go autentycznym szacunkiem. Traktował mnie życzliwie, ale z dystansem, podobnie jak innych swych współpracowników. Nie oznaczało to, że w grę wchodziły jedynie relacje pochyłe. Bardzo wielu kapłanów przyjaźniło się z nim, pozostając w stosunkach bardziej bezpośrednich i zażyłych, przesyconych wzajemnym zaufaniem i serdecznością. Takie też były jego relacje z kardynałem Karolem Wojtyłą. Jako student teologii marzyłem momentami o tym, by dostać się do takiego «panteonu», jednak wiedziałem, że jestem zdecydowanie za młody i że najpierw muszę zadbać o to, by poszczycić się własnymi dokonaniami intelektualnymi.
Niezależnie od kontaktów z Lublina, wspominam też ciepło kontakty z Krościenka. Podczas sympozjów liturgicznych mogłem poznać wiele fascynujących postaci. Przyjeżdżali na Kopią Górkę ks. Wacław Schenk, ks. Stanisław Hartlieb, ks. Wojciech Danielski i wielu innych kapłanów, których wkład w dzieło odnowy posoborowej jest nieoceniony. Był to faktycznie «eklezjalny panteon» — i uprzytamniam to sobie śledząc liczne dokonania pastoralne, widoczne nie tylko w latach siedemdziesiątych, lecz także osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Bywał w Krościenku ks. Jan Palusiński, ojciec ruchu sacrosongów, przedsięwzięcia o ogromnej wadze duszpasterskiej, którego trudno nie doceniać, jeżeli pamięta się o potrzebach religijnych młodzieży. Bywali artyści, muzycy i plastycy. Przygotowując w ostatnich miesiącach serwisy informacyjne do radiowego programu katolickiego, a dbając o to, by publicystycznej sieczce przeciwstawić prawdziwszy obraz Kościoła, w którym Bóg działa przez łaskę, wciąż natrafiałem na ślady działalności ks. Blachnickiego. Są one wszędzie.
Tekst pochodzi z książki: «Człowiek wiary konsekwentnej», Światło-Życie, Lublin 1997, s. 136 — 140.
Z oazą na ty
Vademecum animatora Ruchu Światło-Życie
Wakacje w Izraelu
Dramat, scena młodych, slang
Szukanie Boga
Dramat, scena młodych, slang
Randka
i inne opowiadania
Do autora
Edward Guziakiewicz w Internecie